Przejdź do treści
prawo

Kiedy polityk mówi „obrona Konstytucji", prawnik powinien zapytać: której i przed kim?

Libacjusz 17 października 2026
Kiedy polityk mówi „obrona Konstytucji", prawnik powinien zapytać: której i przed kim?

Sobotnie zgromadzenie przed siedzibą Trybunału Konstytucyjnego przy al. Szucha w Warszawie przeszło do historii nie z powodu liczby uczestników, lecz z powodu jednego zdania. Paweł Szefernaker, szef Gabinetu Prezydenta RP, powiedział do zebranych, że rząd Donalda Tuska „niszczy wszystko, co jest fundamentem Rzeczpospolitej", że „zawłaszcza instytucje państwa" i że prezydent Karol Nawrocki będzie bronił Konstytucji. Brzmi znajomo? Oczywiście, że brzmi. Bo od ośmiu lat — niezależnie od tego, kto siedzi w Pałacu Prezydenckim, a kto w Kancelarii Prezesa Rady Ministrów — słyszymy dokładnie ten sam refren, tylko śpiewany przez inne chóry. I właśnie dlatego ten temat zasługuje na chłodną analizę prawniczą, a nie na kolejną salwę wzajemnych oskarżeń.

Spór o Trybunał Konstytucyjny, o Krajową Radę Sądownictwa, o prokuraturę, o media publiczne — to nie jest spór o to, kto jest „dobry", a kto „zły". To spór o granice władzy w państwie, w którym Konstytucja z 2 kwietnia 1997 r. miała być umową społeczną ponad podziałami. Dziś ta umowa jest w ruinie, a każda ze stron konfliktu uprawia własną, wybiórczą lekturę ustawy zasadniczej. Przyjrzyjmy się temu bez złudzeń.

Analiza prawna: co właściwie mówi Konstytucja, a czego politycy nie chcą przeczytać

Zacznijmy od podstaw, które w ferworze politycznym umykają. Art. 10 Konstytucji ustanawia podział władzy: Sejm i Senat sprawują władzę ustawodawczą, Prezydent i Rada Ministrów — wykonawczą, a sądy i trybunały — wymiar sprawiedliwości. Kluczowe jest tu słowo „trybunały", w liczbie mnogiej — mowa o Trybunale Konstytucyjnym i Trybunale Stanu. Dalej, art. 173 stanowi, że „sądy i trybunały są władzą odrębną i niezależną od innych władz". To nie jest deklaracja ideowa — to norma ustrojowa o twardym skutku prawnym.

Ale — i tu zaczyna się problem — Konstytucja nie mówi, kto ma prawo weryfikować, czy dana osoba zasiadająca w Trybunale została powołana prawidłowo. Art. 194 ust. 1 określa jedynie, że TK składa się z 15 sędziów wybieranych przez Sejm na 9-letnią kadencję. Ustawa o Trybunale Konstytucyjnym z 30 listopada 2016 r. (Dz.U. 2016 poz. 2072) próbowała tę lukę wypełnić, wprowadzając instytucję „sędziego wybranego, ale jeszcze nie zaprzysiężonego" — co samo w sobie było legislacyjnym kuriozum, bo przecież nikt przed zaprzysiężeniem przez Prezydenta sędzią TK nie jest.

Dalej: art. 144 ust. 3 pkt 17 Konstytucji wymaga kontrasygnaty Prezesa Rady Ministrów dla aktów urzędowych Prezydenta dotyczących powoływania sędziów. To znaczy, że Prezydent nie działa tu w pełni samodzielnie — musi mieć „podpis" premiera. Mechanizm kontrasygnaty jest jednym z najczęściej ignorowanych przepisów konstytucyjnych w polskiej praktyce ustrojowej, a jego celem jest właśnie rozmycie odpowiedzialności politycznej i zapobieżenie samowoli głowy państwa.

Nie można też pominąć art. 7 Konstytucji: „Organy władzy publicznej działają na podstawie i w granicach prawa". To zasada legalizmu. Jeśli więc jakakolwiek władza — czy to rząd, czy prezydent — próbuje obsadzać instytucje poza literą ustawy, działa niekonstytucyjnie, niezależnie od tego, jak szczytne cele deklaruje.

Porównanie stanowisk: dwie Polski, dwie Konstytucje

Doktryna prawa konstytucyjnego zna co najmniej trzy stanowiska w sporze o TK po 2015 r.:

Stanowisko formalistyczne (reprezentowane m.in. przez część środowiska sędziowskiego, I prezesa SN w latach 2014-2020, Małgorzatę Gersdorf): każde powołanie sędziego TK z naruszeniem ustawy jest wadliwe, a wadliwość ta nie może być konwalidowana przez samo zaprzysiężenie. Problem w tym, że Konstytucja nie przewiduje procedury stwierdzenia takiej wadliwości — i to jest luka, którą każda władza wypełnia po swojemu.

Stanowisko pozytywistyczne (bliższe obozowi rządzącemu po 2015 r.): skoro Prezydent zaprzysiągł sędziego, to sędzia jest sędzią, a wszelkie wątpliwości są sprawą polityczną, nie prawną. To rozumowanie prowadzi jednak do absurdu — bo gdyby zaprzysiężenie miało moc konstytuującą, to każdy akt Prezydenta byłby niepodważalny, co stoi w sprzeczności z zasadą kontroli konstytucyjności.

Stanowisko kompromisowe (nurt „dialogu konstytucyjnego"): spory ustrojowe powinny być rozwiązywane przez same instytucje, w drodze negocjacji i wzajemnych ustępstw, a nie przez arbitralne rozstrzygnięcia jednej władzy. Brzmi pięknie — tyle że w praktyce polskiej od 2015 r. żadna ze stron nie wykazała woli kompromisu. A gdy nie ma woli, zostaje siła.

Dodam trzecią rzecz, o której mało kto pamięta: w orzeczeniu z 9 marca 2016 r. (K 47/15) TK sam orzekł o niekonstytucyjności nowelizacji ustawy o TK, co wywołało otwarty konflikt z rządem, który odmówił publikacji tego wyroku. To precedens bez precedensu — organ konstytucyjny orzeka, a władza wykonawcza blokuje wykonanie orzeczenia. I to jest realny problem ustrojowy, większy niż personalne przepychanki.

Aspekt praktyczny: co to znaczy dla Kowalskiego i dla firmy?

Pytanie „kogo to obchodzi?" jest w polskim dyskursie prawniczym niedoceniane. A obchodzi — i to bardzo.

Po pierwsze, niepewność orzeczeń TK. Jeśli skład TK jest kwestionowany, to każde orzeczenie wydane z udziałem „dublerów" może być podważane w przyszłości. Dla przedsiębiorcy oznacza to, że przepis, który dziś uznano za niezgodny z Konstytucją, jutro może zostać uznany za obowiązujący — i odwrotnie. To nie abstrakcja: wystarczy przypomnieć sprawy dotyczące podatku od nieruchomości czy odpowiedzialności członków zarządu, gdzie TK wielokrotnie zmieniał kierunek orzecznictwa.

Po drugie, spory o KRS i status sędziów przekładają się na realne procesy. Jeśli strona twierdzi, że sąd orzekający w jej sprawie nie jest sądem niezawisłym, może żądać wyłączenia sędziego, a w skrajnych przypadkach — wznowienia postępowania. To generuje koszty, opóźnienia i niepewność. Mówimy o tysiącach spraw rocznie.

Po trzecie, praworządność to warunek dostępu do funduszy unijnych. Mechanizm warunkowości z rozporządzenia 2020/2092 jest wciąż żywy, a Komisja Europejska nie zawahała się go użyć. Dla samorządów, przedsiębiorstw i organizacji pozarządowych oznacza to realne pieniądze — albo ich brak.

Opinia Libacjusza: dość tego teatru

A teraz szczerze, jak to ja. Słucham pana Szefernaka i słyszę ten sam ton, który słyszałem w 2017 r. z ust polityków obozu wówczas rządzącego, gdy mówili o „obronie suwerenności" przed „totalną opozycją". Dziś role się odwróciły, a retoryka pozostała identyczna. I to powinno dać do myślenia każdemu, kto naprawdę — a nie tylko deklaratywnie — troszczy się o Konstytucję.

Problem nie polega na tym, że Paweł Szefernaker coś powiedział pod Trybunałem. Problem polega na tym, że żadna ze stron sporu o TK nie ma odwagi powiedzieć wprost: nasze państwo potrzebuje resetu ustrojowego. Nie kolejnej nowelizacji ustawy, nie kolejnego „kompromisu" zawartego przy kawie w Belwederze, lecz realnej debaty konstytucyjnej — z udziałem ekspertów, a nie politycznych nominatów.

Mówienie, że „prezydent będzie bronił Konstytucji", jest piękne jako hasło wiecowe. Ale Konstytucja to nie sztandar, który się nosi przed Trybunałem. To tekst, który trzeba czytać w całości — także te artykuły, które są niewygodne dla własnego obozu. Pan Szefernaker jako prawnik (bo z wykształcenia jest prawnikiem, przypomnijmy) doskonale o tym wie. I właśnie dlatego jego słowa brzmią dla mnie nie jak obrona ustawy zasadniczej, lecz jak jej polityczne zawłaszczenie.

Najgorsze w tym wszystkim jest to, że obywatel przestaje rozumieć, kto ma rację. A gdy obywatel przestaje rozumieć, przestaje ufać. A gdy przestaje ufać — przestaje uczestniczyć. I to jest prawdziwe zwycięstwo tych, którzy traktują Konstytucję jako narzędzie, a nie jako fundament.

Konkluzja: prognoza na najbliższe miesiące

Nie spodziewam się, by spór o Trybunał Konstytucyjny wygasł w najbliższym czasie. Wręcz przeciwnie — będzie się zaostrzał, bo zbliżają się kolejne wybory, a każda ze stron będzie potrzebować „wroga ustrojowego". Spodziewam się: - kolejnych wniosków o stwierdzenie niekonstytucyjności ustaw, które zostaną zaskarżone do TK lub — paradoksalnie — do sądów powszechnych, - eskalacji sporu o status sędziów w sprawach karnych i cywilnych, - dalszych napięć w relacjach z instytucjami unijnymi.

Co powinien zrobić obywatel? Przede wszystkim — czytać Konstytucję. Nie streszczenia, nie tweety, nie komentarze w TVN24 ani w Republice. Sam tekst. 243 artykuły. To zajmuje jedno popołudnie, a daje odporność na polityczną propagandę, której — niezależnie od barwy — będzie w najbliższych miesiącach coraz więcej.

Bo Konstytucja nie należy do prezydenta, premiera, prezesa ani do żadnej partii. Należy do nas wszystkich. I dopóki tego nie zrozumiemy, dopóty będziemy świadkami tego samego spektaklu w nowej obsadzie.


Źródła: - [wiadomosci_wp] Gorąco pod Trybunałem. Człowiek prezydenta z mocnym przekazem: https://wiadomosci.wp.pl/goraco-pod-trybunalem-czlowiek-prezydenta-z-mocnym-przekazem-7341050300508192a - Konstytucja Rzeczypospolitej Polskiej z dnia 2 kwietnia 1997 r. (Dz.U. 1997 nr 78 poz. 483) - Ustawa z dnia 30 listopada 2016 r. o organizacji i trybie postępowania przed Trybunałem Konstytucyjnym (Dz.U. 2016 poz. 2072) - Wyrok TK z 9 marca 2016 r., sygn. K 47/15 - Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2020/2092 z dnia 16 grudnia 2020 r. w sprawie ogólnego systemu warunkowości służącego ochronie budżetu Unii

Powyższy artykuł ma charakter informacyjny i edukacyjny — nie stanowi porady prawnej.

Tagi: trybunał konstytucyjnypraworządnośćkonstytucjaspór ustrojowysądy