50 spraw dla nowego Trybunału, czterodniowy tydzień pracy i pułapki na rodziny — czyli państwo przepisuje sobie konstytucję na nowo
Wyobraźmy sobie przez chwilę, że polski system prawny to wielka księga, którą kolejne ekipy dopisują, wymazują i zaklejają korektorem — a sądy mają potem zgadywać, co właściwie obowiązuje. Brzmi jak absurd? Witamy w rzeczywistości III RP anno 2026. W jednym tygodniu dowiadujemy się, że rząd ma roboczą listę około 50 spraw dla „nowego" Trybunału Konstytucyjnego, równolegle kończy się pilotaż skróconego czasu pracy, a przy okazji zmieniają się przepisy o świadczeniach na starszych rodziców — z nowymi pułapkami dla rodzin. Trzy pozornie odległe tematy, a łączy je jedno: prawo przestało być stabilnym gruntem, na którym można cokolwiek planować. Stało się narzędziem politycznego przetargu, w którym obywatel jest co najwyżej widzem, a często — ofiarą.
Zacznijmy od rzeczy najpoważniejszej, bo dotykającej fundamentów państwa. Jak nieoficjalnie ustaliła Wirtualna Polska, w rządzie działa zespół pod kierunkiem Joanny Knapińskiej, który przygotował trzy listy spraw dla Trybunału Konstytucyjnego: ustawy do pilnego zaskarżenia (m.in. o prokuraturze i Krajowej Radzie Sądownictwa), wyroki wydane w „wadliwych składach" oraz wnioski prezydenta, którymi obecny TK „nie jest w stanie się zająć". Koalicja chce, by „odnowiony" Trybunał skorygował orzecznictwo ostatnich lat. Lewica liczy na powrót do sprawy aborcyjnej z 2020 roku, choć sama Anna Maria Żukowska przyznaje, że ma z tym problem. PiS nazywa cały pomysł „ekscesem".
I tu muszę zatrzymać się na chwilę, bo jako prawnik mam ochotę zapytać: czy my naprawdę dyskutujemy o tym, jak „odkręcić" wyroki Trybunału Konstytucyjnego? Bo to zdanie brzmi jak żart z podręcznika do prawa konstytucyjnego. Wyrok TK — nawet wydany w składzie, którego legalność jest kwestionowana — to nie post na Facebooku, który można edytować albo usunąć. To akt władzy sądowniczej, który — zgodnie z art. 190 ust. 1 Konstytucji RP — „jest ostateczny". Ust. 2 tego samego artykułu mówi, że orzeczenia TK „podlegają niezwłocznemu ogłoszeniu w organie urzędowym, w którym akt normatywny był ogłoszony", a ust. 3 — że „wchodzą w życie z dniem ogłoszenia, jednakże Trybunał Konstytucyjny może określić inny termin utraty mocy obowiązującej aktu normatywnego". I tyle. Nie ma w Konstytucji procedury „uchylenia wyroku TK". Nie ma „kasacji orzeczenia konstytucyjnego". Nie ma instytucji „Trybunału naprawczego", który wznawia postępowanie z powodu zmiany składu.
Owszem, w doktrynie prawa konstytucyjnego funkcjonuje pojęcie tzw. orzeczeń „nieistniejących" (sententia non existens) — aktów wydanych przez organ, który nie był obsadzony zgodnie z prawem. Problem w tym, że to konstrukcja wybitnie teoretyczna, o bardzo wąskim zakresie zastosowania, i — jak dotąd — żaden polski sąd nie zdecydował się na jej powszechne stosowanie. A już na pewno nie jest to narzędzie, którym można hurtowo „odkręcać" dziesiątki orzeczeń, bo politycznie komuś nie pasują.
Co więcej, sam TK w wyroku z 23 października 2006 r. (sygn. SK 44/05) stwierdził, że „Trybunał Konstytucyjny nie jest władny do kontrolowania konstytucyjności ustawy, która utraciła moc obowiązującą" — co pokazuje, jak ostrożnie sam Trybunał podchodzi do granic swojej właściwości. Z kolei w postanowieniu z 28 listopada 2018 r. (sygn. Ts 72/18) ówczesny TK — już w spornym składzie — odmawiał podejmowania spraw, argumentując, że nie może orzekać o aktach, które „nie są aktami normatywnymi w rozumieniu art. 188 Konstytucji". Widzimy więc, jak elastycznie różne składy podchodziły do własnych kompetencji — co samo w sobie jest dowodem na to, że „odkręcanie" orzeczeń to nie procedura prawna, a polityczna narracja.
Porównajmy stanowiska. Rząd twierdzi, że chodzi o „przywrócenie praworządności" i usunięcie skutków „wadliwych orzeczeń". PiS mówi o „zamachu na Trybunał". Doktryna — np. prof. Marek Safjan czy prof. Andrzej Zoll — od lat wskazuje, że problem nie polega na tym, kto ma rację w sporze o skład TK, ale na tym, że w Polsce nie ma instytucjonalnego mechanizmu rozstrzygnięcia tego sporu. W Niemczech, we Włoszech czy w Hiszpanii podobne kryzysy rozwiązywano poprzez orzeczenia sądów konstytucyjnych o „stanie wyższej konieczności" albo poprzez ustawowe uregulowanie statusu sędziów. W Polsce — nie. I tak brniemy w ślepy zaułek, w którym każda kolejna ekipa mówi, że „naprawia" to, co zepsuła poprzednia, a obywatel zostaje z poczuciem, że prawo to nie reguła, ale zakład o to, kto wygra następne wybory.
Przejdźmy do sprawy drugiej: skróconego tygodnia pracy. Od 1 stycznia 2026 roku trwa pilotaż przygotowany przez Ministerstwo Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej, na który przeznaczono 50 mln zł z Funduszu Pracy. Bierze w nim udział 90 firm i instytucji, a założenie jest proste: pracownicy spędzają mniej czasu w pracy, ale zachowują wynagrodzenie. Problem w tym, że program kończy się 31 grudnia 2026 roku, a w projekcie przyszłorocznego budżetu nie przewidziano pieniędzy na jego przedłużenie. Ministerstwo zapowiada podsumowanie wyników — i na tym, póki co, kończy się konkret.
Z prawnego punktu widzenia rzecz jest znacznie ciekawsza, niż wygląda na pierwszy rzut oka. Obecnie obowiązujący Kodeks pracy w art. 129 § 1 stanowi, że „czas pracy nie może przekraczać 8 godzin na dobę i przeciętnie 40 godzin w przeciętnie pięciodniowym tygodniu pracy w przyjętym okresie rozliczeniowym". To norma semiimperatywna — można ją modyfikować tylko na korzyść pracownika. Skrócenie tygodnia pracy do czterech dni wymagałoby albo nowelizacji Kodeksu pracy, albo — co jest bardziej realne — wprowadzenia rozwiązań fakultatywnych, jak np. ruchomy czas pracy (art. 140¹ k.p.) czy indywidualny rozkład czasu pracy (art. 142 k.p.). Problem w tym, że te instytucje już istnieją i — szczerze mówiąc — nie zmieniły polskiego rynku pracy w raj. Dlaczego? Bo polscy pracodawcy, zwłaszcza w MŚP, boją się elastyczności jak diabeł święconej wody. Wolą nadgodziny i umowy śmieciowe niż nowoczesne zarządzanie czasem.
Czy rząd naprawdę wprowadzi czterodniowy tydzień pracy dla wszystkich? Wątpię. Po pierwsze — koszty. Po drugie — opór pracodawców. Po trzecie — brak danych. Pilotaż 90 firm to kropla w morzu potrzeb. Po czwarte — nawet jeśli pilotaż wypadnie dobrze, to w obecnym klimacie politycznym każda zmiana Kodeksu pracy będzie przedmiotem ostrego sporu. A przypominam: art. 66 ust. 2 Konstytucji mówi, że „pracownik ma prawo do określonych w ustawie dni wolnych od pracy i corocznych płatnych urlopów". Nie ma tam ani słowa o czterodniowym tygodniu. To nie znaczy, że taki tydzień jest niekonstytucyjny — ale znaczy, że wymagałby ustawy, a nie rozporządzenia czy dobrej woli ministra.
I wreszcie sprawa trzecia, najbliższa zwykłemu człowiekowi: dodatkowe pieniądze na starszego rodzica. Gazeta Prawna opisuje zmiany w przepisach o świadczeniach i nowe pułapki dla rodzin. Zgodnie z ustawą z dnia 28 listopada 2003 r. o świadczeniach rodzinnych (Dz.U. z 2024 r. poz. 323 ze zm.) oraz ustawą z dnia 11 lutego 2016 r. o pomocy państwa w wychowywaniu dzieci (tzw. 500+, obecnie 800+), świadczenia mają charakter rodzinny i są wypłacane na dzieci. Ale uwaga: istnieje też świadczenie „za życiem" (ustawa z dnia 4 listopada 2016 r.), które — w określonych przypadkach — obejmuje także opiekę nad starszymi lub niepełnosprawnymi członkami rodziny. I tu pojawia się problem: przepisy są tak skonstruowane, że dochód rodziny jest liczony łącznie, co oznacza, że nawet niewielkie wsparcie dla jednego członka rodziny może pozbawić świadczenia innego. Do tego dochodzi kryterium dochodowe (obecnie 674 zł na osobę w rodzinie lub 764 zł dla osoby samotnie gospodarującej — zgodnie z ustawą o świadczeniach rodzinnych), które od lat nie było waloryzowane, mimo inflacji.
W praktyce oznacza to, że rodzina, w której dorosłe dziecko opiekuje się starszym rodzicem, może stracić prawo do świadczenia na własne dzieci, jeśli dochód rodziny przekroczy próg. To klasyczny przykład tzw. pułapki dochodowej — instytucji, która w założeniu ma chronić system przed nadużyciami, a w praktyce karze tych, którzy próbują łączyć obowiązki rodzinne z pracą i opieką.
I tu dochodzimy do mojej osobistej opinii, którą wyrażam z pełną świadomością, że może zabrzmieć ostro: polskie sądy to loteria, a polskie prawo to pole minowe. Sędziowie — zwłaszcza w sprawach gospodarczych — często nie rozumieją biznesu, nie rozumieją mechanizmów rynkowych, nie rozumieją, że spór o 20 tys. zł może zniszczyć małą firmę. Potrzebujemy specjalistycznych sądów gospodarczych — nie takich, które są tylko wydziałem w sądzie rejonowym, ale prawdziwych sądów, w których orzekają ludzie znający się na księgowości, podatkach, kontraktach. W Niemczech istnieją izby handlowe (Kammer für Handelssachen), we Francji — trybunały handlowe (tribunaux de commerce), w których orzekają przedsiębiorcy. W Polsce — nie. I to jest skandal, który kosztuje naszą gospodarkę miliardy złotych rocznie.
Wracając do Trybunału Konstytucyjnego: niezależnie od tego, kto ma rację w sporze o jego skład, jedno jest pewne — próba „odkręcania" wyroków przez nową większość jest prawnie wątpliwa i politycznie krótkowzroczna. Jeśli dziś „odkręcimy" wyroki PiS-u, to za cztery lata nowa ekipa „odkręci" nasze. I tak w kółko, aż prawo przestanie cokolwiek znaczyć. Konstytucja to nie dokument, który można przepisać przy każdej zmianie władzy. To umowa społeczna — a umowy się dotrzymuje, nawet gdy druga strona ich nie dotrzymała. Inaczej nie ma sensu.
Co do skróconego tygodnia pracy: pomysł jest szczytny, ale wymaga odwagi i pieniędzy. Bez zmiany Kodeksu pracy, bez ulg dla pracodawców, bez inwestycji w automatyzację — pozostanie eksperymentem, który skończy się tak, jak większość polskich eksperymentów: konferencją, raportem i ciszą.
A świadczenia na starszego rodzica? Tu potrzebna jest jedna, prosta zmiana: likwidacja pułapki dochodowej. Jeśli państwo chce wspierać rodziny, nie może ich karać za to, że zarabiają. To elementarne.
Prognoza na najbliższe miesiące? Spodziewam się, że lista 50 spraw dla TK będzie przedmiotem ostrego sporu politycznego, ale ostatecznie — jak to w Polsce — skończy się na kilku spektakularnych zaskarżeniach i kilku wyrokach, które nic nie zmienią. Pilotaż skróconego tygodnia pracy zakończy się raportem, który trafi do szuflady. A przepisy o świadczeniach rodzinnych zostaną „uporządkowane" — czyli zmienione tak, by nikt nie zrozumiał, o co chodzi.
I tak toczy się ten nasz prawny cyrk. Z widowni wygląda zabawnie. Z bliska — boli.
Źródła: - [wiadomosci_wp] Rząd ma listę 50 spraw dla nowego Trybunału. Są na niej ustawy PiS i wyroki do odkręcenia: https://wiadomosci.wp.pl/rzad-ma-liste-50-spraw-dla-nowego-trybunalu-sa-na-niej-ustawy-pis-i-wyroki-do-odkrecenia-7340275416209888a - [forsal] Rząd wprowadzi skrócony tydzień pracy i trzydniowe weekendy? Decyzja już zapadła. Czy czekają nas ustawowe, rewolucyjne zmiany?: https://forsal.pl/gospodarka/aktualnosci/artykuly/11328809,rzad-wprowadzi-skrocony-tydzien-pracy-cztery-dni-zawodowych-obowiazkow-i-trzydniowe-weekendy-decyzja-juz-zapadla-czy-czekaja-nas-ustawowe-rewolucyjne-zmiany-dla-wszystkich.html - [gazetaprawna] Dodatkowe pieniądze na starszego rodzica. Zmiany w przepisach i nowe pułapki dla rodzin: https://www.gazetaprawna.pl/twoje-prawo/swiadczenia/artykuly/11331528,dodatkowe-pieniadze-na-starszego-rodzica-zmiany-w-przepisach-i-nowe-pulapki-dla-rodzin.html - Konstytucja Rzeczypospolitej Polskiej z dnia 2 kwietnia 1997 r. (Dz.U. Nr 78, poz. 483 ze zm.), art. 66, 188, 190 - Ustawa z dnia 26 czerwca 1974 r. — Kodeks pracy (Dz.U. z 2023 r. poz. 1465 ze zm.), art. 129, 140¹, 142 - Ustawa z dnia 28 listopada 2003 r. o świadczeniach rodzinnych (Dz.U. z 2024 r. poz. 323 ze zm.) - Ustawa z dnia 11 lutego 2016 r. o pomocy państwa w wychowywaniu dzieci (Dz.U. z 2024 r. poz. 157 ze zm.) - Ustawa z dnia 4 listopada 2016 r. o wsparciu kobiet w ciąży i rodzin „Za życiem" (Dz.U. z 2023 r. poz. 1923 ze zm.) - Wyrok TK z 23 października 2006 r., sygn. SK 44/05 - Postanowienie TK z 28 listopada 2018 r., sygn. Ts 72/18
Powyższy artykuł ma charakter informacyjny i edukacyjny — nie stanowi porady prawnej.