Wprowadzenie
Kiedy przedstawiciel rządu z góry ogłasza, że zarzuty wobec instytucji, która jeszcze nie powstała, są „bezzasadne”, warto usiąść wygodniej — bo to zdanie mówi więcej o intencjach władzy niż jakikolwiek projekt ustawy. Wiceminister cyfryzacji Paweł Olszewski, pytany w rozmowie na antenie RMF FM o krytykę szykowanego Centrum Walki z Dezinformacją, nie zostawił na wątpliwościach suchej nitki: zarzuty odrzucił en bloc, jednym słowem. Symptomatyczne, że stało się to w tej samej rozmowie, w której padły pytania o rosyjski atak dronowy w rejonie Dorohuska i o to, czy właściciele podziemnych garaży powinni mieć prawny obowiązek wpuszczania do nich obcych ludzi w razie zagrożenia atakiem powietrznym. Kontekst wojny hybrydowej nie jest tu przypadkowy — to właśnie on od miesięcy służy jako uzasadnienie dla coraz śmielszych pomysłów regulacyjnych wobec przestrzeni informacyjnej.
Problem w tym, że instytucja mająca „walczyć z dezinformacją” to w praktyce instytucja, która będzie decydować, co jest prawdą, a co nią nie jest — i robić to z pozycji władzy wykonawczej, a nie niezawisłego sądu. W demokratycznym państwie prawa to nie jest detal proceduralny. To jest pytanie o architekturę wolności słowa. A odpowiadanie na krytykę słowem „bezzasadne”, bez przedstawienia projektu ustawy, zakresu kompetencji i mechanizmów kontroli, to nie jest odpowiedź prawnika. To jest odpowiedź polityka, który liczy, że opinia publiczna nie zapyta o szczegóły.
Analiza prawna
Zacznijmy od fundamentu: art. 54 ust. 1 Konstytucji RP gwarantuje każdemu wolność wyrażania poglądów oraz pozyskiwania i rozpowszechniania informacji. To nie jest wolność absolutna — art. 31 ust. 3 Konstytucji pozwala ją ograniczać ustawą, jeśli jest to konieczne dla bezpieczeństwa państwa, porządku publicznego, ochrony zdrowia, moralności lub wolności innych osób, pod warunkiem że ograniczenie nie narusza istoty tej wolności. Kluczowe słowo to „konieczne” — a nie „wygodne dla administracji”. Trybunał Konstytucyjny wielokrotnie podkreślał (choćby w wyroku K 44/07), że test proporcjonalności wymaga wykazania, iż cel nie da się osiągnąć środkiem mniej ingerującym w prawa jednostki.
Polskie prawo już dziś dysponuje instrumentarium do walki z realnymi szkodami wynikającymi z fałszywych informacji: art. 212 k.k. penalizuje zniesławienie, art. 256–257 k.k. — nawoływanie do nienawiści i znieważanie z powodu przynależności narodowej, etnicznej czy wyznaniowej, a ustawa o zwalczaniu nieuczciwej konkurencji chroni przedsiębiorców przed nieprawdziwymi informacjami godzącymi w ich interesy. Na poziomie unijnym od 2024 r. w pełni obowiązuje Akt o usługach cyfrowych (DSA, rozporządzenie 2022/2065), który nakłada na bardzo duże platformy internetowe obowiązki dotyczące moderacji treści, oceny ryzyka systemowego i przejrzystości algorytmów — z nadzorem Komisji Europejskiej i krajowego Koordynatora ds. Usług Cyfrowych (w Polsce — Prezesa UKE, od niedawna z rozszerzonymi kompetencjami).
Pytanie, na które rząd wciąż nie odpowiedział konkretem legislacyjnym, brzmi: czego brakuje w tym już istniejącym systemie, że potrzebne jest nowe, scentralizowane centrum? Jeśli odpowiedzią ma być „szybkość reakcji” albo „koordynacja międzyresortowa”, to jest to argument organizacyjny, a nie prawny — i nie uzasadnia tworzenia bytu z kompetencjami do kwalifikowania treści jako dezinformacji, zwłaszcza jeśli miałby on działać w oparciu o akty niższego rzędu (rozporządzenia, zarządzenia), a nie ustawę uchwaloną w trybie zwykłym z pełną debatą parlamentarną i konsultacjami społecznymi.
Porównanie stanowisk
Doktryna prawa konstytucyjnego jest tu dość zgodna: każda instytucja publiczna oceniająca prawdziwość informacji budzi ryzyko tzw. chilling effect — efektu mrożącego, który zniechęca obywateli i dziennikarzy do wypowiedzi znajdujących się na granicy dopuszczalnej krytyki władzy. Rzecznik Praw Obywatelskich w opiniach dotyczących wcześniejszych, podobnych projektów (m.in. propozycji z okresu pandemii COVID-19 dotyczących „fake newsów”) wskazywał, że przekazanie organom administracji kompetencji do definiowania dezinformacji bez precyzyjnych, ustawowych kryteriów narusza zasadę określoności prawa (nullum crimen sine lege stosowaną odpowiednio) i otwiera drogę do arbitralności.
Z drugiej strony przedstawiciele rządu — i tu wiceminister Olszewski nie jest wyjątkiem — powołują się na argument bezpieczeństwa państwa w warunkach wojny hybrydowej prowadzonej przez Rosję, czego namacalnym dowodem miał być właśnie incydent dronowy koło Dorohuska, o którym mówił w tej samej rozmowie. To argument nie jest bezpodstawny — cyberatak na Enel-Med ujawniony tego samego dnia pokazuje, że zagrożenia w przestrzeni informacyjnej i cyfrowej są realne. Problem w tym, że z realnego zagrożenia zewnętrznego (dezinformacja rosyjska, ataki hybrydowe) nie wynika automatycznie legitymacja do tworzenia krajowego organu oceniającego treści publikowane przez obywateli, media czy przedsiębiorców. To skok logiczny, który regularnie pojawia się w uzasadnieniach tego typu projektów — od „mamy wroga zewnętrznego” do „potrzebujemy nadzoru wewnętrznego” prowadzi droga, którą warto przejść krok po kroku, a nie hurtem.
Aspekt praktyczny
Dla obywatela i przedsiębiorcy różnica między teorią a praktyką jest brutalnie prosta. Jeśli centrum otrzyma choćby pośrednie uprawnienia do sygnalizowania platformom internetowym treści jako „dezinformacyjnych” (co w praktyce może skutkować ich usunięciem czy ograniczeniem zasięgu na mocy regulaminów platform, bez wyroku sądu), to przedsiębiorca prowadzący działalność opartą na publikowaniu treści — bloger, portal branżowy, twórca kampanii marketingowej krytycznej wobec konkurenta czy władzy — znajdzie się w sytuacji niepewności prawnej. Nie będzie wiedział, czy jego materiał trafi na listę „monitorowanych” tylko dlatego, że jest niewygodny politycznie. Dla firm zajmujących się analizą rynku, dziennikarstwem śledczym czy compliance, to oznacza dodatkowe ryzyko reputacyjne i potencjalne koszty prawne związane z obroną przed nieformalnymi, pozasądowymi konsekwencjami kwalifikacji ich treści.
Opinia Libacjusza
Powiem to wprost, bo od tego mam pióro: państwo, które zamiast doprecyzować i egzekwować istniejące przepisy karne i cywilne dotyczące zniesławienia, podżegania czy nieuczciwej konkurencji, woli budować nowy urząd z mglistymi kompetencjami — nie walczy z dezinformacją. Ono buduje sobie wygodny instrument do zarządzania narracją. Zbyt wiele ustaw i instytucji regulacyjnych to nie siła państwa, to jego słabość — bo każda nowa luka kompetencyjna, każdy niedookreślony przepis o „przeciwdziałaniu dezinformacji” to potencjalne narzędzie w rękach kolejnej ekipy rządzącej, niekoniecznie tej, która je stworzyła w dobrej wierze. Historia uczy, że instrumenty budowane „na złych ludzi” prędzej czy później trafiają w ręce mniej skrupulatnych następców.
Słowo „bezzasadne” wypowiedziane przez wiceministra bez przedstawienia projektu ustawy, bez wskazania trybu powoływania kierownictwa centrum, bez mechanizmu odwoławczego przed sądem administracyjnym i bez jasnych, ustawowych definicji — to nie jest argument. To jest zamknięcie dyskusji siłą stanowiska. A jeśli coś jest naprawdę „bezzasadne”, to powinno dać się to wykazać konkretem, a nie epitetem.
Konkluzja
Centrum Walki z Dezinformacją może okazać się potrzebnym narzędziem koordynacji w realnym środowisku zagrożeń hybrydowych — albo kolejnym bytem administracyjnym o niejasnych granicach kompetencji, który w praktyce ograniczy debatę publiczną bardziej niż jakikolwiek zagraniczny dezinformator. Rozstrzygnie o tym wyłącznie treść projektu ustawy, który dotąd nie został upubliczniony w formie pozwalającej na rzetelną ocenę prawną. Dopóki rząd odpowiada na krytykę jednym słowem zamiast tekstem aktu prawnego, obywatele i przedsiębiorcy mają pełne prawo traktować zapewnienia o „bezzasadności” zarzutów z rezerwą. W prawie, tak jak w polityce, diabeł tkwi w szczegółach — a szczegółów wciąż brak.
Źródła
- [rmf_polska] „Bezzasadne”. Wiceminister o zarzutach wobec szykowanego Centrum Walki z Dezinformacją: https://www.rmf24.pl/rozmowy/popoludniowa-rozmowa/news-bezzasadne-wiceminister-o-zarzutach-wobec-szykowanego-centru,nIdn,1019524
Powyższy artykuł ma charakter informacyjny i edukacyjny — nie stanowi porady prawnej.