Śmierć senatora, telefon prezydenta i granice tego, co można powiedzieć o zmarłym
Wprowadzenie
Wiadomość o nagłej śmierci senatora Lindseya Grahama – jednego z najbardziej rozpoznawalnych republikańskich jastrzębi polityki zagranicznej, człowieka, który przez dekady kształtował amerykańską politykę wobec Rosji, Ukrainy i Bliskiego Wschodu – to nie tylko news polityczny. To także case study dla każdego, kto zajmuje się prawem mediów, prawem wyborczym i ochroną dóbr osobistych po śmierci osoby publicznej. Fakt, że Donald Trump niemal natychmiast po ogłoszeniu śmierci senatora przedstawił swoją wersję ostatnich godzin jego życia – rozmowę telefoniczną „kilka godzin przed śmiercią” – rodzi pytania, które wykraczają daleko poza żałobę i politykę.
Po pierwsze: kto i na jakiej podstawie prawnej obejmie miejsce Grahama w Senacie Stanów Zjednoczonych? Po drugie: jakie są prawne konsekwencje publikowania niepotwierdzonych, niemożliwych do zweryfikowania oświadczeń o ostatnich chwilach życia zmarłej osoby publicznej – zarówno w prawie amerykańskim, jak i w polskim porządku prawnym, gdyby analogiczna sytuacja dotyczyła polskiego senatora? Po trzecie: jak prawo chroni dobre imię i wizerunek zmarłego polityka przed nadinterpretacjami, spekulacjami i politycznym wykorzystywaniem jego śmierci?
To pytania pozornie oderwane od siebie, ale w istocie splecione w jeden węzeł – węzeł, który pokazuje, że nawet najbardziej „ludzka” wiadomość, jaką jest śmierć, generuje lawinę skutków prawnych.
Analiza prawna
Zacznijmy od kwestii najbardziej doniosłej systemowo – procedury obsadzenia wakatu senackiego w USA. Zgodnie z 17. Poprawką do Konstytucji Stanów Zjednoczonych, w przypadku opróżnienia miejsca w Senacie, władza ustawodawcza danego stanu może upoważnić gubernatora do dokonania tymczasowej nominacji, do czasu przeprowadzenia wyborów uzupełniających wskazanych przez legislaturę stanową. W przypadku Karoliny Południowej, którą Graham reprezentował od 2003 roku, obowiązuje South Carolina Code of Laws, Section 7-19-30, precyzujący, że gubernator wyznacza następcę, a wybory specjalne odbywają się przy najbliższej regularnej elekcji, o ile wakat powstał odpowiednio wcześnie przed terminem wyborów. To istotne, bo w przeciwieństwie do wielu innych stanów, Karolina Południowa nie przewiduje automatycznych, szybkich wyborów specjalnych – gubernator może więc realnie kształtować układ sił w Senacie przez dłuższy czas, co przy Senacie podzielonym niewielką większością ma kolosalne znaczenie polityczne i – pośrednio – prawne, bo wpływa na kworum, głosowania nad nominacjami sędziowskimi i ratyfikacją traktatów międzynarodowych.
Drugi wątek prawny dotyczy oświadczeń Donalda Trumpa o rozmowie telefonicznej z Grahamem tuż przed jego śmiercią. W polskim systemie prawnym takie wypowiedzi – gdyby dotyczyły osoby publicznej w Polsce – podlegałyby analizie w świetle art. 23 i 24 Kodeksu cywilnego, chroniących dobra osobiste, w tym cześć i dobre imię, które zgodnie z ugruntowanym orzecznictwem Sądu Najwyższego (np. wyrok SN z 24 stycznia 2000 r., III CKN 553/98) podlegają ochronie także po śmierci osoby uprawnionej – legitymację czynną do wystąpienia z roszczeniem mają wówczas osoby najbliższe, na podstawie art. 448 k.c. w zw. z art. 23 i 24 k.c. Gdyby okazało się, że relacja o rozmowie telefonicznej jest nieprawdziwa lub istotnie zniekształcona, rodzina zmarłego mogłaby – teoretycznie – dochodzić ochrony dóbr osobistych zarówno samego zmarłego (pamięci o nim), jak i własnych, jeśli wypowiedź naruszałaby ich sferę uczuciową związaną z kultem osoby zmarłej, co Sąd Najwyższy wielokrotnie uznawał za odrębne, samoistne dobro osobiste (por. wyrok SN z 12 lipca 1968 r., I CR 252/68).
W prawie amerykańskim analogiczna ochrona jest znacznie słabsza – doktryna „actual malice” z precedensu New York Times Co. v. Sullivan (376 U.S. 254, 1964) wymaga wykazania, że wypowiedź została sformułowana ze świadomością jej fałszywości lub z rażącym niedbalstwem, co przy politykach i osobach publicznych stanowi wysoką barierę dowodową, a po śmierci danej osoby prawo do dobrego imienia w większości stanów w ogóle wygasa (tzw. „death of the cause of action” w prawie deliktowym common law).
Porównanie stanowisk
W doktrynie amerykańskiej dominuje pogląd, że wolność wypowiedzi polityków o zmarłych kolegach – nawet w formie niesprawdzalnych anegdot – mieści się w kanonie „political speech” chronionej przez Pierwszą Poprawkę i nie podlega w praktyce żadnej weryfikacji sądowej, chyba że dotyczy to wprost zniesławienia żyjącej osoby trzeciej. W Polsce natomiast doktryna prawa cywilnego (Gawlik, Radwański) konsekwentnie broni tezy, że pamięć o zmarłym i prawda historyczna o jego ostatnich chwilach życia zasługują na ochronę, zwłaszcza gdy wypowiedzi mają charakter komercyjny, propagandowy lub służą budowaniu określonej narracji politycznej. To fundamentalna różnica kulturowo-prawna: system amerykański stawia wolność słowa ponad ochronę pamięci zmarłego, system kontynentalny – w tym polski – próbuje znaleźć równowagę, choć w praktyce orzeczniczej rzadko dochodzi do skutecznych powództw z tego tytułu, bo trudność dowodowa (wykazanie fałszu relacji o prywatnej rozmowie telefonicznej) jest kolosalna.
Aspekt praktyczny
Dla przeciętnego obywatela – także polskiego dziennikarza czy blogera relacjonującego takie wydarzenia – płynie z tego jasna lekcja: cytowanie niepotwierdzonych wypowiedzi polityków o zmarłych, bez wyraźnego zaznaczenia ich hipotetycznego charakteru, może rodzić odpowiedzialność prasową na gruncie art. 12 ust. 1 pkt 1 Prawa prasowego, nakładającego obowiązek zachowania szczególnej staranności i rzetelności przy zbieraniu i wykorzystywaniu materiałów prasowych. Redakcja, która bezkrytycznie powiela sensacyjny cytat bez weryfikacji, naraża się na odpowiedzialność cywilną, a w skrajnych przypadkach – na zarzut naruszenia dóbr osobistych osób trzecich, jeśli relacja telefoniczna miałaby sugerować np. udział zmarłego w kontrowersyjnych ustaleniach dyplomatycznych.
Opinia Libacjusza
I tu dochodzimy do sedna, bo ja - jako człowiek, który czytał tysiące pozwów o ochronę dóbr osobistych - patrzę na tę historię z dużą dozą sceptycyzmu zawodowego. Oświadczenie prezydenta USA o rozmowie telefonicznej „kilka godzin przed śmiercią” jest niemożliwe do zweryfikowania, a jednocześnie natychmiast staje się elementem narracji politycznej – buduje obraz Trumpa jako ostatniego powiernika myśli zmarłego senatora, co w praktyce oznacza przejęcie moralnego mandatu do interpretowania jego dziedzictwa politycznego, w tym stanowiska wobec Ukrainy. To klasyczny mechanizm, który prawo cywilne nazywa „wykorzystaniem pamięci zmarłego dla celów niezwiązanych z ochroną jego dobrego imienia” – i choć w Stanach Zjednoczonych nie ma na to skutecznego narzędzia prawnego, w Europie kontynentalnej byłby to potencjalny przedmiot postępowania. Nie mam wątpliwości, że gdyby taka sytuacja miała miejsce w Polsce, rodzina zmarłego senatora miałaby solidną podstawę do żądania sprostowania na podstawie art. 31a Prawa prasowego, gdyby okazało się, że relacja telefoniczna jest fikcją lub istotnym zniekształceniem faktów.
Konkluzja
Śmierć Lindseya Grahama to wydarzenie polityczne pierwszej wagi, ale też doskonały pretekst, by przypomnieć, jak różnie prawo traktuje słowo wypowiedziane o zmarłym w zależności od systemu prawnego. Amerykański model chroni wolność wypowiedzi niemal absolutnie, polski i szerzej europejski – stara się bronić pamięci i godności zmarłego nawet kosztem swobody narracyjnej polityków. W najbliższych tygodniach możemy spodziewać się sporu o obsadzenie wakatu senackiego w Karolinie Południowej, a także – co bardziej prawdopodobne – dalszych, trudnych do zweryfikowania „wspomnień” polityków o ostatnich rozmowach z Grahamem. Prawo, niestety, nie nadąża za tempem politycznej narracji – i to jest najbardziej niepokojący wniosek z tej całej sprawy.
Źródła
- [rp] Nie żyje senator Lindsey Graham. Donald Trump mówi, że rozmawiał z nim niedługo przed śmiercią: https://www.rp.pl/polityka/art44812001-nie-zyje-senator-lindsey-graham-donald-trump-mowi-ze-rozmawial-z-nim-niedlugo-przed-smiercia
Powyższy artykuł ma charakter informacyjny i edukacyjny — nie stanowi porady prawnej.